Sprawa odszkodowań wojennych dla Polski, czyli pojednanie w wersji niemieckiej

Prof. dr hab. Stanisław Żerko,

Piszę te słowa kilka dni po opublikowaniu kolejnej ekspertyzy prawników Bundestagu w sprawie polskich roszczeń reparacyjnych i odszkodowawczych za II wojnę światową. Poprzednie ekspertyzy dowodziły, że Polacy na drodze prawnej niczego nie uzyskają, ponieważ komunistyczny rząd zrzekł się reparacji w 1953 r., układ 2+4 z września 1990 r. zamknął tę kwestię definitywnie, i w związku z tym Polacy nie mogą mieć żadnych nadziei na odszkodowania. Na koniec niemieccy prawnicy dodawali jeszcze, że zresztą i tak wszystko uległo jakoby „przedawnieniu”. Tym razem zespół ekspertów porównał sytuację prawną Grecji i Polski, dochodząc do wniosku, że o ile Grecy mieliby pewne szanse na odszkodowania, to w przypadku Polski sprawa jest zamknięta.

Nie chcę wchodzić w szczegóły, dodam tylko, że zastępca rzecznika rządu federalnego natychmiast zaprzeczył, jakoby Berlin zamierzał dokonywać wypłat czy to Grekom, czy to Polakom. Takie stanowisko stron niemiecka wyraża od 1953 r. konsekwentnie: zdaniem Bonn, a później Berlina, Polska zrzekła się odszkodowań i w związku z tym nie ma szans na otrzymanie złamanego euro z tytułu odszkodowań za zniszczenia i zbrodnie wojenne. Koniec, kropka.

Muszę się zgodzić z niemieckimi ekspertami: droga prawna do uzyskania przez Polskę od RFN jakichkolwiek świadczeń z tytułu II wojny światowej wydaje się być zamknięta. Komunistyczne państwo polskie, które w sierpniu 1953 r.  zrzekło się pod naciskiem Moskwy niemieckich reparacji, było podmiotem uznawanym na arenie międzynarodowej, a jego akty prawne zachowują moc. Jednocześnie jednak gorąco namawiam polski rząd do oficjalnego wysunięcia tej sprawy w rozmowach z Berlinem. Zwykła przyzwoitość i poczucie sprawiedliwości nakazuje uważać sprawę tę za otwartą pod względem politycznym, a na pewno – na płaszczyźnie etycznej.

Rok 1953 i deklaracja rządu Bieruta miała i ma dla Niemców znaczenie fundamentalne, gdy chodzi o wyszukiwanie argumentów mających zablokować polskie zabiegi o odszkodowania. Tak się jednak złożyło, że strona niemiecka zabiegała o to, by później władze polskie dodatkowo potwierdziły ten akt. Starały się o to bezskutecznie w 1970 r., gdy negocjowano układ o nawiązaniu stosunków między RFN a PRL (zachodnioniemieccy negocjatorzy chcieli włączyć poświęcony temu artykuł do układu). Co więcej, w początkach 1990 r. kanclerz Helmut Kohl posunął się wręcz do szantażu, chcąc uzależnić uznanie granicy na Odrze i Nysie od potwierdzenia przez rząd Tadeusza Mazowieckiego oświadczenia rządu Bieruta o wyrzeczeniu się reparacji.  Dziś zaś dla zdecydowanej większości niemieckich komentatorów podejmowanie w Polsce tematu odszkodowań wojennych to przejaw nacjonalizmu, wzniecanie nastrojów antyniemieckich i rzecz jasna godzenie w ideę pojednania między dwoma naszymi narodami. Mało tego: w niemieckiej prasie pojawiały się głosy, że Polska otrzymała przecież ziemie na wschód od Odry i Nysy, więc rachunki są dawno wyrównane. Znany historyk z RFN Gregor Schöllgen napisał nawet w jednym z czołowych niemieckich dzienników, iż poruszając sprawę odszkodowań, Polacy podważają trwałość powojennych granic w Europie.

Przypomnijmy: latem 1945 r. na konferencji w Poczdamie Wielka Trójka przyznała Polsce – oprócz ziem na wschód od Odry i Nysy – także reparacje od Niemiec. Niestety, Polska była jedynym państwem, które miało otrzymywać reparacje za pośrednictwem ZSRR. Już dwa tygodnie po konferencji poczdamskiej podporządkowany Moskwie rząd warszawski został zmuszony do podpisania polsko-radzieckiej umowy handlowej, na mocy której dostarczanie reparacji niemieckich zostało uzależnione od wysyłania do ZSRR ogromnych ilości polskiego węgla (od 8 do 13 mln ton rocznie) po cenach wielokrotnie niższych od cen na rynkach światowych. W tajnym protokole cenę tę ustalono na 1,22 dolara za tonę, co być może pokrywało jedynie koszt wydobycia i transportu do granicy. Straty z tego tytułu powodowały, że korzyści z dóbr reparacyjnych okazały się żadne. Tym bardziej, że część przekazanych artykułów miała wątpliwą wartość materialną: na przykład w 1949 r. w ramach reparacji ZSRR dostarczył Polsce 6 mln wydrukowanych po polsku egzemplarzy dzieł Marksa, Lenina i Stalina, co Sowieci policzyli jako 10 proc. wartości wszystkich dóbr, dostarczonych za tamten rok.

W 1953 r., po stłumionym przez radzieckie czołgi antykomunistycznym powstaniu w NRD, nastąpił zwrot polityki ZSRR wobec Niemiec. Moskwa zdecydowała, że pobieranie reparacji zostanie zakończone. Rząd PRL, kierowany wówczas osobiście przez szefa partii komunistycznej Bolesława Bieruta, nie miał nic do powiedzenia. Na posiedzeniu 23 sierpnia 1953 r., bez żadnej dyskusji, jednogłośnie przyjęło deklarację o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji. Od tego czasu RFN nie chce słyszeć ani o reparacjach dla Polski, ani o odszkodowaniach dla jej obywateli.

Co więcej, w wypowiedziach zachodnioniemieckich dygnitarzy pobrzmiewała buta i arogancja. W 1958 r. szef Urzędu Kanclerskiego Konrada Adenauera Hans Globke (zresztą b. nazista, współtwórca i oficjalny komentator osławionych ustaw norymberskich) mówił katolickiemu posłowi na Sejm prof. Stanisławowi Stommie, że wypłacanie Polsce odszkodowań byłoby wspieraniem reżimu komunistycznego: „Pan wie, że uznaliśmy naszą winę wobec narodu żydowskiego i może jest Panu wiadomo, jak szerokie rozmiary ma akcja zadośćuczynienia narodowi żydowskiemu. Ale z Polską sprawa ma się inaczej niż z Izraelem. W Polsce jest reżym komunistyczny, który zdyskontowałby dla siebie nasz wkład z tytułu materialnego zadośćuczynienia”.

Władze PRL przyznawały, że w 1953 r. nastąpiło zrzeczenie się przez Polskę reparacji (a więc świadczeń dla państwa), ale podkreślały, że nie dotyczy to indywidualnych roszczeń obywateli polskich o odszkodowania. Tymczasem wniosków polskich obywateli o odszkodowania urzędy w RFN nie przyjmowały, powołując się na brak stosunków dyplomatycznych RFN i PRL. Gdy zaś stosunki te w 1972 r. nawiązano, strona zachodnioniemiecka odpowiadała, że termin składania wniosków minął 31 grudnia 1969 r. Kanclerz Willy Brandt mówił w 1972 r. w rozmowie z polskim ministrem spraw zagranicznych, że społeczeństwo niemieckie, a zwłaszcza młode pokolenie, sprzeciwia się wypłacaniu odszkodowań. Strona zachodnioniemiecka (i to na szczeblu ministra spraw zagranicznych) wysuwała najróżniejsze argumenty, byle zbyć roszczenia polskich ofiar. Głównym argumentem oprócz twierdzenia, jakoby PRL „z własnej woli” (!) zrezygnowała w 1953 r. z roszczeń wobec Niemiec, było powoływanie się na brak traktatu pokojowego, który powinien zostać podpisany „z przyszłym rządem ogólnoniemieckim”, czyli po zjednoczeniu obu państw niemieckich. Zachodnioniemieccy dyplomaci w mało zawoalowany sposób grozili polskim rozmówcom, że jeżeli Warszawa będzie upierać się przy roszczeniach, to również RFN „też musiałaby przedłożyć swoje pretensje z tytułu przesiedlenia i utraty mienia pozostawionego na byłych terenach niemieckich należących obecnie do Polski”. W swej notatce z rozmów w Bonn (z której pochodzą powyższe cytaty) minister spraw zagranicznych Stefan Olszowski tak streszczał polskie kontrstanowisko: „Nie można fetyszyzować formalnej strony zagadnienia, gdyż ma ona mniejsze znaczenie niż nadzieje i oczekiwania ludzi. Prawa stanowią ludzie i rzeczą ludzi jest stanowienie takich praw, by służyły one ludziom”.

Jedyne, co stronie polskiej udało się przed zjednoczeniem Niemiec wynegocjować, to umowa z 1972 r. o wypłaceniu świadczeń na kwotę 100 mln DM dla polskich żyjących ofiar pseudomedycznych eksperymentów. Składane w latach osiemdziesiątych noty rządu PRL w sprawie odszkodowań były przez Bonn konsekwentnie odrzucane. A w 1990 r., gdy Niemcy się jednoczyły, kanclerz Helmut Kohl uczynił wszystko, by sprawa reparacji nie została podniesiona. Posunął się nawet do okłamania prezydenta George’a H. Busha (podczas rozmowy w Camp David, 24 lutego 1990 r.), twierdząc iż Polska otrzymała już z RFN „wielkie sumy” z tego tytułu. Ponieważ zaś szef zachodnioniemieckiego rządu twierdził wówczas, że RFN tytułem odszkodowań wypłaciła łącznie ponad 100 mld DM marek, to Polska w rzeczywistości otrzymała nie „wielkie sumy”, lecz zaledwie kilka promili (nawet nie procent) całości. W początkach 1990 r. Kohl zamierzał nawet uzależnić uznanie przez zjednoczone Niemcy granicy na Odrze i Nysie od potwierdzenia przez niepodległą Polskę, że deklaracja rządu Bieruta z 1953 r. zachowuje moc prawną. Jednocześnie zniknęła nagle powtarzana przez kilkadziesiąt lat teza strony zachodnioniemieckiej, iż konieczne jest podpisanie traktatu pokojowego (jeszcze w listopadzie 1989 r. podkreślał to kanclerz Kohl). W Bonn zdano sobie bowiem sprawę, że w traktacie tym musiałaby się pojawić sprawa odszkodowań, a tego chciano za wszelką cenę uniknąć. Po latach,  14 września 2017 r., niemiecki publicysta Michael Stürmer nazwał na łamach dziennika Die Welt „dyplomatycznym majstersztykiem” zamiecenie w 1990 r. pod dywan sprawy reparacji i odszkodowań za zbrodnie i zniszczenia wojenne. Zamiast traktatu pokojowego podpisano zatem 12 września 1990 r. w Moskwie traktat „2+4”, w którym ani słowem nie wspomniano o kwestii odszkodowań.

Dopiero po zjednoczeniu Niemiec, w 1991 r. podpisano umowę o utworzeniu Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, której RFN przekazał 500 mln DM w celu wypłacenia świadczeń (słowa „odszkodowania” starannie unikano). Była to nadal kwota żałośnie mała, zważywszy ogrom polskich strat materialnych i osobowych, a także rozmiar krzywd i cierpień. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dopiero udało się wynegocjować większą kwotę dla żyjących b. robotników przymusowych. Niektórzy z nich dostali po kilkaset zł. Według szacunków prof. Jerzego Sułka i prof. Jana Barcza (negocjowali oni z Niemcami te sprawy w latach 90.), Polacy otrzymali łącznie z tytułu świadczeń za straty i cierpienia okresu okupacji zaledwie 6 mld zł.

Do dziś Fundacja „Polsko-Niemieckie Pojednanie” podkreśla, że środki przez nią wypłacane „nie były odszkodowaniem, lecz symboliczną pomocą humanitarną z Niemiec dla ofiar prześladowań hitlerowskich w Polsce”. Właśnie: pomocą symboliczną, bo na ogół w znikomej wysokości. I nie dla wszystkich. Głośna jest w Polsce sprawa sędziwego Winicjusza Natoniewskiego. Jako pięcioletnie dziecko doznał on w 1944 r. poparzeń ciała (twarz została trwale oszpecona) podczas „pacyfikacji” jego wsi, spalonej przez niemieckich okupantów. Jego roszczenia o odszkodowanie zostały przez RFN oddalone.

Strona niemiecka stoi po dziś dzień na stanowisku, że sprawa odszkodowań jest na płaszczyźnie prawnej i politycznej zamknięta, a można o niej mówić jedynie w aspekcie etycznym. Powtórzę: owszem, droga prawna wydaje się być dla polskich ofiar i polskiego rządu zamknięta. Ale Polacy nie powinni dopuścić do tego, by Niemcy nadal oddzielali aspekt etyczny od płaszczyzny politycznej. Nie można – tak jak to czynią Niemcy – odmieniać frazę „polsko-niemieckie pojednanie” przez wszystkie możliwe przypadki i jednocześnie w cyniczny sposób posługiwać się kruczkami prawnymi, by nie wypłacić odszkodowań polskim ofiarom. Ofiarom, których liczba z roku na rok malała i maleje. Trudno nie zastanawiać się, czy  skrywaną intencją władz RFN nie jest wyczekiwanie, aż umrze ostatnia osoba pokrzywdzona przez Niemców podczas okupacji 1939-1945.

Najwyraźniej Niemcy nie chcą zdać sobie sprawy z tego, że Polska spośród państw przez nich zaatakowanych i okupowanych straciła proporcjonalnie najwięcej. Prawie 40% majątku narodowego uległo zniszczeniu, śmierć poniosło wskutek działań niemieckich ponad 5 mln obywateli przedwojennego państwa polskiego. Do tego dochodzą cierpienia takich ludzi, jak Winicjusz Natoniewski.

Na jeszcze jeden aspekt chcę zwrócić uwagę. W wyniku wojny rozpętanej przez Niemcy w 1939 r. Polska nie tylko poniosła ogromne straty ludzkie i materialne. Znalazła się także na prawie pół stulecia w sowieckiej strefie wpływów. To winą Niemiec jest, iż Sowieci pozbawili Polskę reparacji niemieckich i zmusili rząd komunistyczny do formalnego wyrzeczenia się roszczeń reparacyjnych w 1953 r. W tym kontekście powoływanie się przez rząd RFN na ten wymuszony przez sowieckiego hegemona dokument jest zwykłą niegodziwością. Tym bardziej, że to władze niemieckie odwołują się do wartości etycznych i moralnych w polityce zagranicznej i podkreślają o rzekomym rozliczeniu się przez współczesne Niemcy z nazistowską zbrodniczą przeszłością. Jest to dla mnie podręcznikowy przykład hipokryzji.

 

*Artykuł powstał w ramach realizacji zadania publicznego “Polska-Niemcy partnerstwo dla rozwoju”.  Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie “Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2019”.  Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

 

Prof. dr hab. Stanisław Żerko,

Pracownik Instytutu Zachodniego w Poznaniu i wykładowca Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni, autor m. in. kilku książek o genezie II wojny światowej.

Wpisz swój adres email

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celu przesyłania informacji o aktualnościach, projektach oraz innych informacji o charakterze marketingowym lub edukacyjnym, na zasadach określonych Polityką Prywatności.

 

Newsletter

Zapisz się do newslettera, by otrzymywać najważniejsze wiadomości od Instytutu Wolności

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celu przesyłania informacji o aktualnościach, projektach oraz innych informacji o charakterze marketingowym lub edukacyjnym, na zasadach określonych Polityką Prywatności.

 

Newsletter

If you wish to sign up for a newsletter, please provide your details

I hereby agree for processing my personal data in order to send information about news, projects and other marketing or educational information, on the terms set out in the Privacy Policy.

 

I hereby agree for processing my personal data in order to send information about news, projects and other marketing or educational information, on the terms set out in the Privacy Policy.

 

Ich erkläre mein Einverständnis zur Verarbeitung meiner persönlichen Daten zum Zweck der Benachrichtigung über aktuelle Dinge,Projekte sowie andere Informationen mit Marketing- oder Bildungscharakter gemäß den Grundsätzen der Datenschutzerklärung.