Polska była liberalna. Ale już nie chce – Rafał Woś

Rafał Woś

Gdy trzydzieści lat temu zaczynała się polska transformacja z socjalizmu w kapitalizm zapowiadano, że będzie ona „powrotem do normalności”. Oczywiście był to tylko wytrych. W ekonomii politycznej nie ma nigdy żadnej „normalności”.

Narodowy Bank Polski CC BY-ND 2.0

Tak naprawdę w Polsce minionych trzech dekad dokonała się głęboka zmiana stosunków społecznych. Jednym otworzyła niespotykane wcześniej możliwości. Lecz w tym samym czasie dla jeszcze liczniejszych oznaczała trwałą pauperyzację i niemożność realizacji rozbudzonych społecznych pragnień. To pęknięcie do dziś rzutuje na polską politykę i życie społeczne.

Polski spór o model ekonomiczny skupia się zazwyczaj wokół pytania: czy wejście w kapitalizm odbyło się w zgodzie z narodowym interesem oraz w sposób przemyślany i kontrolowany. Czy też raczej było mieliśmy tu raczej do czynienia z bezładnym skokiem na główkę, bez uprzedniego sprawdzenia, czy w basenie znajduje się woda. Oczywiście zwolennicy tezy o „wielkim transformacyjnym sukcesie” skłonni są bardziej do podpisania się pod stwierdzeniem pierwszym. Zaś ci bardziej krytyczni mają z kolei tendencję do zwracania uwagi, iż Polska nie tyle sobie własną ścieżkę kapitalizmu wybrała. Lecz raczej wzięła to, co jej międzynarodowe otoczenie (zachodni kapitał i jego instytucje) we własnym interesie suflowały.

Nie ma zaś sporu na poziomie faktów. To znaczy tego, jaki model gospodarczy i społeczny realizuje Polska od momentu wyjścia z realnego socjalizmu. Pokażmy to korzystając z narzędzi dostarczonych przez duńskiego socjologa Gostę Espinga-Andersena w jego klasycznej pracy „Trzy światy kapitalistycznego państwa dobrobytu” (polskie wydanie – 2010 r.). „Kiedyś, dawno temu, kraje były nocnymi stróżami, machinami do podbojów albo sposobem sprawowania totalitarnej kontroli nad obywatelami. Ale dziś żyjemy w czasach, gdy głównym zadaniem państwa jest produkowanie i rozdzielanie dobrobytu pomiędzy swoich obywateli” – pisał we wstępie.

Według Duńczyka współczesne państwa wciąż da się podzielić na trzy główne typy. Właśnie według pomysłu, jak chcą realizować zarysowane w poprzednim zdaniu wyzwanie. Pierwszą odpowiedzią jest model liberalny. Tu życie społeczne przypomina wielkie targowisko, na którym wszystko można kupić, bo wszystko jest towarem. Stać cię na prywatnego lekarza, prywatną edukację albo na odłożenie pieniędzy na emeryturę? To je sobie kup na konkurencyjnym rynku. W takim modelu państwo dobrobytu odgrywa rolę uzupełnienia społecznego ładu. Jest czymś w rodzaju koła ratunkowego rzucanego tym, co wypadli za burtę. Ale i to nie od razu. Tylko po uprzednim odczekaniu, czy może jednak nieszczęśnik (nieudacznik?) nie nauczy się pływać po zetknięciu z głęboką zimną wodą. Nieprzypadkowo więc w modelu liberalnym transfery są z założenia oszczędne (żeby nie promować lenistwa) i obłożone dość niskim kryterium dochodowym (żeby nie kusiły klasy średniej). Badania pokazują niezmiennie, że model liberalny w naturalny sposób podoba się majętnym. Nie ma w tym nic zaskakującego. Liberalne państwo dobrobytu jest tańsze (choć dla krytyków pewnie i tak zbyt drogie), więc nie tworzy presji na wyższe progresywne podatki, za które oni mieliby zapłacić. A na dodatek utwierdza zamożnych w przekonaniu, że zastana hierarchia społeczna (ta z nimi na szczycie) jest w gruncie rzeczy sprawiedliwa. W końcu jest efektem działania „obiektywnego” rynku.

Nieprzypadkowo więc w modelu liberalnym transfery są z założenia oszczędne (żeby nie promować lenistwa) i obłożone dość niskim kryterium dochodowym (żeby nie kusiły klasy średniej). Badania pokazują niezmiennie, że model liberalny w naturalny sposób podoba się majętnym.

Skoro ten rynek docenił właśnie ich, to widocznie byli „obiektywnie” lepsi od innych. I niby z jakiego powodu mieliby się swoim osobistym bogactwem dzielić z nieudacznikami? Odwrotnie, tych na dole trzeba cały czas pilnować, żeby się do reszty nie rozleniwili. Model liberalny oczywiście sprzyja ekonomicznej wydajności. Ma jednak wiele ubocznych skutków. Przynosi wysoki poziom nierówności ekonomicznych i utwierdza klasowe różnice. Oczywiście w warunkach panującej oficjalnie ideologii, zgodnie z którą każdy ma równe szanse w wyścigu po osobisty sukces. W dłuższym okresie liberalne państwo dobrobytu może prowadzić do faktycznego pęknięcia wspólnoty politycznej na aktywną i zaangażowaną elitę i spauperyzowane, obojętne (Wybory? A co mogą zmienić wybory?) masy. A także do demontażu samego welfare’u, który aktywnym elitom bardzo łatwo zohydzić jako kosztowny stygmatyzujący „socjal” i sposób na rozleniwianie społeczeństwa.

To właśnie ten model gospodarczy i społeczny był przez pierwsze dwie i pół dekady testowany w Polsce. W ostatnich latach powstało na ten temat wiele opracowań. Tak publicystycznych, jak i naukowo-analitycznych. Na przykład raport „Polska. Jaki model kapitalizmu realizujemy?” autorstwa Piotra Araka i Anny Wójcik z POLITYKI INSIGHT. Badacze na bazie danych Banku Światowego, MFW czy Międzynarodowej Organizacji Pracy stworzyli własny Indeks Kapitalizmu. Po jednej stronie postawili liberalizm, po drugiej socjaldemokrację. Ich badanie obejmowało lata 1995–2014, a więc zasadniczy trzon polskiej transformacji. Polska znalazła się w tym badaniu zdecydowanie bliżej liberalnej szpicy. Wyraźnie bliżej takich krajów, jak Wielka Brytania, USA, Meksyk czy Korea. I bardzo daleko od Finlandii, Szwecji, Belgii czy Austrii. Wniosek stąd prosty. Po 1989 r. Polska podryfowała w kierunku modelu liberalnego. Ze wszystkimi tego stanu rzeczy zaletami (wysoki wzrost PKB i duży napływ inwestycji zewnętrznych) oraz wadami (widoczne pęknięcie społeczeństwa na elity i resztę).

Wniosek stąd prosty. Po 1989 r. Polska podryfowała w kierunku modelu liberalnego. Ze wszystkimi tego stanu rzeczy zaletami (wysoki wzrost PKB i duży napływ inwestycji zewnętrznych) oraz wadami (widoczne pęknięcie społeczeństwa na elity i resztę).

Niektórzy autorzy idą nawet dalej i nazywają Polskę okresu transformacji „prymusem konsensu waszyngtońskiego”. Przypomnijmy, że termin ten pochodzi z prac angielskiego ekonomisty Johna Wiliamsona i dość precyzyjnie określa podstawowe założenia preferowanych wówczas w środowisku Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego rozwiązań z zakresu polityki gospodarczej. Analizując kolejne „przykazania” konsensu waszyngtońskiego (a nie przypadkiem jest ich dziesięć) widać, że Polska przodowała w realizacji bardzo wielu z nich. Zakaz nadmiernego deficytu budżetowego czy długu publicznego? Został on wręcz wpisany do konstytucji RP z 1997 roku. Prywatyzacja wielu fundamentalnych dla funkcjonowania państwa dobrobytu dziedzin (system emerytalny, służba zdrowia, edukacja)? Zadanie wykonane już na przełomie lat 90. i 2000. Podatki osobiste? W Polsce czasu transformacji mogły być albo niskie albo… jeszcze niższe. I już w połowie poprzedniej dekady przyjęły model de facto liniowej daniny. A dla inwestorów zagranicznych przygotowano cały szereg zachęt w postaci wyjęcia spod reżimu podatkowego czy dostarczenia taniej oraz bardzo elastycznej siły roboczej. Podobne przykłady można jeszcze długo wymieniać. A ponieważ „przykazania” konsensu waszyngtońskiego w zasadzie pokrywają się z ekonomiczną definicją neoliberalizm, łatwo udowodnić tezę, że Polska w latach 1990-2015 prowadziła, co do zasady, neoliberalną politykę gospodarczą. Różne było tego zjawiska natężenie, lecz generalnie Polska była na tle innych krajów rozwiniętych zdecydowanym prymusem neoliberalizmu.

Wróćmy jednak do Espinga-Andersena. U niego (prócz modelu liberalnego) istnieją przecież jeszcze dwa inne pomysły na państwo dobrobytu. Z jednej strony jest więc model konserwatywny. Powstał on w takich krajach, jak Niemcy, Francja czy Austria, gdzie od wieków istniała tradycja silnego i dobrze zorganizowanego państwa. Tam państwo weszło po prostu w rolę dobrego wujka, który uchroni kochane dziatki przed liberalnym dyktatem kapitalistycznej efektywności. Jednak nie za darmo. Ceną za tę ochronę przed rynkiem miało być utrwalenie starych hierarchii, nierzadko dziedziczonych z pokolenia na pokolenie. W modelu konserwatywnym stare elity kooptują sobie sojuszników, których otaczają szczególną opieką. To dlatego tak dużo tu równych i równiejszych. We Francji to urzędnicy. W państwach śródziemnomorskich drobni przedsiębiorcy. W wielu przypadkach (powojenne Niemcy, Austria czy Włochy) rolę gwaranta takiego welfare state’u brał na siebie Kościół, co sprawiało, że w tym modelu tradycyjne wartości były szczególnie chodliwą walutą.

W modelu konserwatywnym stare elity kooptują sobie sojuszników, których otaczają szczególną opieką. To dlatego tak dużo tu równych i równiejszych.

Nieprzypadkowo wiele instytucji państwa do dziś ogniskuje swe działania wokół wsparcia rodziny. Instytucje publiczne wkraczać mają szerzej dopiero wówczas, gdy zawiedzie tradycyjna sieć powiązań. Oczywiście, że w związku z przemianami obyczajowymi konserwatywny welfare state w ostatnich 30 latach znalazł się w defensywie. Co nie znaczy jednak, że całkiem zniknął.

Poważną alternatywą dla modelu konserwatywnego jest socjaldemokratyczne państwo dobrobytu. Jego twórcy biją się jakby na dwóch frontach. Raz – z bezdusznym rynkiem, a dwa – z paternalistycznym ciepełkiem zastanych hierarchii. Kluczem do osiągnięcia tego celu miały być uniwersalne świadczenia społeczne i usługi publiczne. Uniwersalne to znaczy bez kryterium dochodowego. Dlaczego bez? To trochę jak z garnkiem Okuna. Wiadomo, że takie transfery kosztują więcej. Ale z drugiej strony gwarantują, że w ramach socjaldemokratycznego welfare’u wszyscy są sobie (w miarę) równi. Na dodatek powstaje szeroka klasa beneficjentów państwa dobrobytu: od pracowników fizycznych, przez urzędników, po inteligencję. Wszyscy oni polegają na publicznej służbie zdrowia, edukacji czy emeryturach. I dlatego wszyscy widzą sens w płaceniu na ten cel wysokich podatków. Takiego welfare’u nie da się tak łatwo ośmieszyć ani przedstawić jako sposobu na rozleniwianie klas niższych.

Poważną alternatywą dla modelu konserwatywnego jest socjaldemokratyczne państwo dobrobytu. Jego twórcy biją się jakby na dwóch frontach. Raz – z bezdusznym rynkiem, a dwa – z paternalistycznym ciepełkiem zastanych hierarchii.

W razie zagrożenia dość łatwo zbudować też społeczny sojusz przeciwko potencjalnym cięciom. Jednocześnie model socjaldemokratyczny powinien też zabezpieczać przed nadmierną idealizacją państwa. Dlatego kluczową rolę odgrywają tu niezależne związki zawodowe. Takie, które same mogą podjąć negocjacje z kapitałem. Nie czekając, że przyjdzie dobry wujek – państwo – i wszystko załatwi za cenę uległości.

Oczywiście te opisane przez Espinga-Andersena typy w czystej postaci nigdy nie istniały. W praktyce powstawały raczej hybrydy. W Polsce także powstaje hybryda. Wiemy, że od wyborów roku 2015 trwa odwrót od modelu liberalnego. Co go jednak zastąpi? Wielu uważa, że pomysłem realizowanym przez PiS jest opcja silnie konserwatywna. Tak przynajmniej da się czytać sztandarowe programy socjalne obecnego rządu. Od skoncentrowanego na rodzinie programu 500+ (pięćset złotych bezwarunkowego wsparcia przyznawanego rodzicom na każde dziecko) po paternalistyczne rozegranie podwyżki płacy minimalnej, gdy rząd Beaty Szydło przelicytował związki zawodowe, nie pozostawiając wątpliwości, komu Polacy ją zawdzięczają. Ten kurs na konserwatywną opiekuńczość wynika trochę z ideowego profilu partii Kaczyńskiego, a trochę z wyraźnej sympatii jej liderów dla modelu niemieckiego (mówili o tym m.in. Mateusz Morawiecki, czy szef NBP Adam Glapiński). Ale nie tyle dla jego współczesnej wersji, ile powojennej społecznej gospodarki rynkowej, kojarzonej z prominentnym politykiem CDU Ludwigiem Erhardem.

Od wyborów roku 2015 trwa odwrót od modelu liberalnego. Co go jednak zastąpi? Wielu uważa, że pomysłem realizowanym przez PiS jest opcja silnie konserwatywna. Tak przynajmniej da się czytać sztandarowe programy socjalne obecnego rządu.

Istnieją jednak interesujące poszlaki świadczące o tym, że model skandynawski też mógłby cieszyć się w Polsce dużym wzięciem. Tezę taka postawili w roku 2017 bazując na przekrojowym badaniu społecznych preferencji ekonomiści Gavin Rae i Katarzyna Piotrowska z Akademii Leona Koźmińskiego. Interesujące jest również to, że w międzyczasie PiS zaczął rozbudowywać program 500+. Czyniąc z niego świadczenie podobne w swej logice do idei bezwarunkowego dochodu podstawowego. Tak głośno dyskutowanej ostatnio w wielu miejscach na świecie.

Interesujące jest również to, że w międzyczasie PiS zaczął rozbudowywać program 500+. Czyniąc z niego świadczenie podobne w swej logice do idei bezwarunkowego dochodu podstawowego.

Dziś widać już więc, że w Polsce trwa od czterech lat odwrót od modelu liberalnego. Może nawet neoliberalnego. Jeśli ten odwrót okaże się trwały, to już za kilka lat może on stanowić dla krajów o podobnym potencjale gospodarczym ciekawy model do inspiracji.


*Artykuł powstał w ramach realizacji zadania publicznego “Polska-Niemcy partnerstwo dla rozwoju”.  Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie “Współpraca w dziedzinie dyplomacji publicznej 2019”.  Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Rafał Woś

Felietonista Super Expressu, dziennikarz i publicysta ekonomiczny związany z „Dziennikiem Gazetą Prawną” i „Tygodnikiem Powszechnym”, autor książek 'Dziecięca choroba liberalizmu", "To nie jest kraj dla pracowników', 'Lewicę Racz Nam Zwrócić Panie" oraz ostatnio "Zimna Trzydziestoletnia".

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celu przesyłania informacji o aktualnościach, projektach oraz innych informacji o charakterze marketingowym lub edukacyjnym, na zasadach określonych Polityką Prywatności.

FreshMail.pl
 

Newsletter

Zapisz się do newslettera, by otrzymywać najważniejsze wiadomości od Instytutu Wolności

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celu przesyłania informacji o aktualnościach, projektach oraz innych informacji o charakterze marketingowym lub edukacyjnym, na zasadach określonych Polityką Prywatności.

FreshMail.pl
 

Newsletter

If you wish to sign up for a newsletter, please provide your details

I hereby agree for processing my personal data in order to send information about news, projects and other marketing or educational information, on the terms set out in the Privacy Policy.

FreshMail.pl
 

I hereby agree for processing my personal data in order to send information about news, projects and other marketing or educational information, on the terms set out in the Privacy Policy.

FreshMail.pl
 

Ich erkläre mein Einverständnis zur Verarbeitung meiner persönlichen Daten zum Zweck der Benachrichtigung über aktuelle Dinge,Projekte sowie andere Informationen mit Marketing- oder Bildungscharakter gemäß den Grundsätzen der Datenschutzerklärung.

FreshMail.pl