Skoro potrafimy oddać część budżetu obywatelom, to czemu nie zrobić tego także w przypadku ich reprezentantów, którzy znaleźli się w mniejszości?

 

Budżety partycypacyjne (obywatelskie) w miastach cieszą się coraz większym uznaniem. Choć można niekiedy narzekać na realizowane w ich ramach projekty, wciąż zbyt małe zaangażowanie miekszańców, to sama zasada, na której się opierają – zrzeczenie się przez rządzących pełni kompetencji do podejmowania decyzji związanych z wydatkami publicznymi i dobrowolne przekazanie ich części innym – przyjmowana jest pozytywnie.

 

Skoro jesteśmy zadowoleni z przekazania decyzji o przeznaczeniu części środków publicznych w ręce mieszkańców, może warto zastanowić czy większego wpływu na kształt budżetu centralnego nie powinni mieć ci reprezentanci obywateli, którzy znaleźli się w mniejszości. Oznaczałoby to przekazanie niewielkiej części środków budżetowych do dyspozycji opozycji.

 

Takie rozwiązanie wzmacniałoby państwo, wbrew temu, co sądzą ci, którzy jego siłę dostrzegają wyłącznie we władzy większości kreującej wszystkie dziedziny życia społecznego i ponoszącej za nie całą odpowiedzialność. Oczywiście są obszary, w których rozproszona władza nie służy. Tak jest w przypadku polityki zagranicznej, obronnej, związanej z bezpieczeństwem wewnętrznym czy polityki fiskalnej. Rządzący odpowiadają również za ogólne ramy prawne, w których wszyscy się poruszamy – za te, które wprowadzają, jak i za te, które zachowują. Ale z tego nie wynika, że mają decydować o przeznaczeniu każdej złotówki z budżetu. Budżet partycypacyjny na poziomie samorządów jest tego doskonałym przykładem.

 

Udział mniejszości parlamentarnej w realnym kształtowaniu budżetu centralnego wydaje się szczególnie ważny w silnie podzielonych społeczeństwach. Mamy z nimi dziś do czynienia w Europie i Ameryce. Zasadniczą osią polaryzacji jest kultura, a dokładniej stosunek do zachodzących od kilku dekad przemian społecznych, politycznych i ekonomicznych w świecie zachodnim. Konsekwencją jest podział wspólnot politycznych na liczebnie duże części bardzo od siebie odmienne, dla których państwo rządzone przez oponentów traci swój autorytet, a znaczna część obywateli przestaje się czuć w nim jak u siebie. Dobrze było to widoczne w przypadku wyborów w USA, Francji, Niemczech, a także w Polsce. Minimalizacja negatywnych skutków tego podziału to olbrzymie wyzwanie dla każdego z tych państw.


Udział mniejszości parlamentarnej w realnym kształtowaniu budżetu centralnego wydaje się szczególnie ważny w silnie podzielonych społeczeństwach.


 

Jednak dziś dominuje podejście, w którym państwo przestaje być narzędziem, za pomocą którego politycy działają na rzecz jednostek, obywateli i wspólnoty, a staje się łupem, o które walczą zwaśnione grupy. Kto je zdobędzie ten zaprowadzi swoje porządki, przy okazji z przyjemnością dopiekając przeciwnikowi. Lekceważy się przy tym wspomnianą polaryzację społeczeństwa, czego konsekwencją jest ignorowanie potrzeb i oczekiwań obywateli o odmiennych wrażliwościach, zestawach idei i hierarchiach wartości, ich marginalizacja lub wręcz wykluczanie. W ostatnich dekadach poznali to dobrze konserwatyści, liberałowie i lewicowcy. Rozejście się państwa z rzeczywistością – bądź poprzez nadzieję na zepchnięcie oponentów ideowych na margines, bądź pomijanie grup o odmiennych wrażliwościach w swoich decyzjach – prowadzi do jego słabości, a także rodzi frustrację wśród obywateli, będącą w ostateczności również zagrożeniem dla niego.

 

Włączenie wszystkich reprezentantów społeczeństwa – cieszących się dostatecznie dużym poparciem, by znaleźć się w parlamencie – w kształtowanie polityki państwa poprzez realny wpływ na część budżetu byłoby elementem jej demokratyzacji. Przestawałoby być własnością tylko najliczniejszej w danym momencie grupy i przyczyniałoby się do lepszej realizacji oczekiwań społecznych, które nie przynależą przecież wyłącznie do większości. Jest również kilka dodatkowych korzyści dla państwa, które przyjęłoby takie rozwiązanie. W szczególności podniesienie poziomu jakości polityki i jej demokratyzacji, na który przecież tak bardzo dziś narzekamy.

 


 

Już w czwartek 26.10. debata Instytutu Wolności: Jakiej opozycji potrzebują Polacy?  z udziałem Ludwika Dorna, Anny Materskiej-Sosnowskiej, Antoniego Dudka i Tomasza Sawczuka


 

Dzięki budżetowi opozycji od wszystkich naszych reprezentantów znajdujących się w parlamencie moglibyśmy w końcu mieć konkretne oczekiwania. Opozycja dotychczas pełni jedynie rolę kontrolującą, chętnie krytykuje, ale w zasadzie nie wiele może robić. Dla rządzących jest przykrą koniecznością, a dla obywateli – w czasie między wyborami – stałym elementem teatru politycznego zapewniającym jedynie emocje (pozytywne lub negatywne) lub też grupą darmozjadów, których liczbę można byłoby zmniejszyć.

 

W silnie podzielonych społeczeństwach propozycje opozycji przedstawiane w parlamencie nie mają szans zostać uchwalone, więc nawet nie warto przygotowywać projektów ustaw. Nawet aktów przygotowanych przez rząd lub większość parlamentarną prawie nikt nie czyta, co więc powiedzieć o tych, które skazane są na porażkę? Pracy dużo, efekt żaden. Nic dziwnego, że politycy opozycji często rezygnują z tej aktywności.

 

W jaki sposób w takim razie rozliczać opozycję podczas wyborów? Jak sprawdzać jej rzeczywiste intencje, a nie jedynie dobrze brzmiące deklaracje? W przypadku rządzących takie rozliczenie jest podstawą, ale ugrupowania, które otrzymały duży kredyt zaufania od społeczeństwa podczas elekcji, dobrze byłoby oceniać nie tylko z jakości krytyki rządu i większości parlamentarnej. Programy partii już dawno straciły znaczenie. Również mało kto je czyta, od czasu powstania partii masowych stały się bardzo ogólnikowe, a do tego stanowią jedynie pewną obietnicę na przyszłość, z czego trudno rozliczać w czasie wyborów. W takiej sytuacji poza czasem antenowym oraz wysokością subwencji budżetowej (lub jej braku) – a więc z punktu widzenia polityki państwa spraw trzeciorzędnych – niewiele dzieli opozycję parlamentarną od partii pozaparlamentarnych.

 

Wspomniane okoliczności nie zachęcają opozycji do podnoszenia jakości swoich działań. Ich realizacja, poprzez finansowanie z części budżetu dla opozycji, byłaby okazją do pokazania części politycznych kompetencji. Nie dałoby się już wykręcać niemożnością zrobienia niczego ze względu na blokującą większość. A przede wszystkim, w ten sposób mogłyby zostać rozwiązane konkretne problemy, nawet jeśli na ograniczoną skalę.

 

To byłaby motywacja do włączenia się w politykę osób najbardziej aktywnych, pomysłowych, chcących zrobić coś dobrego dla obywateli. Dzisiejszy system z pewnością do tego nie zachęca. Perspektywa spędzenia 4 lat w ławach opozycyjnych dla osób chcących kształtować otaczający nas świat wygląda nieciekawie. Wiele można stracić, nic zyskać. Dodatkowo budżet opozycji pozwoliłby obywatelom z większą powagą podchodzić do propozycji partii, które nie mają szans na zwycięstwo.


To byłaby motywacja do włączenia się w politykę osób najbardziej aktywnych, pomysłowych, chcących zrobić coś dobrego dla obywateli.


 

Dlaczego powinno nam zależeć na tym, by opozycja była jak najlepsza? Biorąc pod uwagę politykę ostatnich lat brzmi to absurdalnie. Znacznie chętniej zwraca się uwagę na błędy i potknięcia oponenta, które można wytknąć, przypominać nieustannie, którymi można go dezawuować. Robią to politycy i publicyści. Także sami obywatele chętniej wyśmiewają i potępiają nielubianą partię bądź polityka niż chwalą tych, z którymi sympatyzują. Konsekwencją jest dziwna rywalizacja polityczna polegająca na chęci konkurowania z jak najsłabszymi przeciwnikami.

 

Każdy sportowiec wie, że do podnoszenia swojego poziomu, a w konsekwencji całej dyscypliny, trzeba się mierzyć z lepszymi od siebie. Gdyby przenieść zasady dzisiejszej polityki do sportu to drużynom z I ligi zależałoby na sparingach z czwartoligowcami, by móc się cieszyć z wysokich wygranych. Wszyscy by na tym tracili – zawodnicy, kibice, kluby i sponsorzy. Rozumiem pokusę partii, ale dla obywateli ostatecznie liczy się jakość polityki. Ona w końcu kształtuje i rozwiązuje sprawy dla nas ważne, a nie dostarcza jedynie negatywnych emocji.

 

Jedną z cech dobrej polityki jest ciągłość. Wprowadzając konkretne rozwiązanie politycy chcą, by utrzymało się ono jak najdłużej, ewentualnie podlegało niezbędnym korektom. Stabilność z tego wynikająca jest również pewną wartością dla obywateli. Jednak w silnie spolaryzowanych społeczeństwach niektóre dotychczasowe działania wraz ze zmianą władzy zostają zakończone lub przestają być finansowane z budżetu. Może wiązać się to z niechęcią do realizujących je podmiotów lub wartości, które za tymi działaniami stoją. W szczególności dotyczy to sfery kultury. Państwo nie musi stawać się zakładnikiem takich praktyk i nie musi zależeć to wyłącznie od dobrej woli rządzących.

 

Jednak w ciągu ostatnich dekad w Polsce środowiska konserwatywne, liberalne oraz lewicowe z taką sytuacją się boleśnie spotykały. Przykładem mogą tu być programy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, chociażby ten związany z finansowaniem czasopism. Skoro już państwo wzięło na siebie ten obowiązek, to dobrze by wspierało szerokie spektrum wrażliwości kulturowych reprezentowanych przez obywateli, w szczególności tych licznie podzielanych, czego wskaźnikiem są wybory.

 

Niestety, w dotychczasowej praktyce można dostrzec nie tyle preferowanie podmiotów reprezentujących wrażliwość zbliżoną do rządzących, z czego trudno byłoby czynić zarzut, co silne marginalizowanie środowisk o odmiennych zestawach idei i hierarchiach wartości, nawet tych, cieszących się szerokim poparciem społecznym. Gdy rządzili liberałowie to środowiskom konserwatywnym i chrześcijańskim z trudem przychodziło zdobywanie środków finansowych z Ministerstwa, dziś równie ciężko jest liberałom. A przecież w jednym i drugim przypadku opozycja dostała silny mandat społeczny, na podstawie którego niewiele mogła dać tym, którzy ją wybrali.

 

To tylko jeden z przejawów, który dobrze obrazuje problem braku odpowiednich narzędzi będących do dyspozycji opozycji w ramach państwa. Kultura, stanowiąca zasadniczą oś podziału społeczeństw, jest newralgiczna, bowiem obcowanie z nią jest doświadczeniem formacyjnym. Naiwnym jest sądzić, że pozbędziemy się z niej tradycji lewicowych, liberalnych czy konserwatywnych, nawet jeśli ktoś bardzo by tego chcieli. Marginalizacja wcale nie przynosi oczekiwanych efektów, a przy okazji osłabia państwo, które dla wielu obywateli przestaje być miejscem traktowanym jak swoje, choćby w niewielkim stopniu. Pozostaje więc resentyment i chęć odwetu, a to dla państwa źle się kończy.

 

W 1918 roku w Polsce zdecydowano, że z Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zostanie wydzielone Ministerstwo Sztuki i Kultury, bodaj pierwsza instytucja tego typu w Europie. Rozumiano bowiem, jak ważna jest kultura dla państwa i państwo dla kultury. Wyzwania przed jakimi wówczas stano były zupełnie inne niż dzisiaj, ale podjęto działania zmierzające do wzmacniania państwa, choć przedstawione posunięcie nie było wówczas wcale oczywiste. Przy okazji zbliżającej się setnej rocznicy odzyskania niepodległości warto zastanowić się nad równie odważnym ruchem. Budżet opozycji, który byłby przeznaczany na kulturę, z pewnością nim by był.

 

Jakie mogą być inne przykłady wykorzystania budżetu opozycji? Na początku padła już ogólna wskazówka. Chodzi o takie działania, które mieszczą się w granicach prawa, jednak co do których istnieje niechęć władzy, by je finansować, przede wszystkim ze względów o podłożu kulturowym, tkwiące głęboko w aksjologii bądź nawet ontologii. Ostatnio mieliśmy z taką sytuacją do czynienia w przypadku metody zapłodnienia in vitro.

 

Z punktu rządzącej partii są sytuacje, w których decyzje mogą być źle odbierane przez jej elektorat. Można zrozumieć niechęć do ponoszenia takiego kosztu. Gdyby więc partie opozycyjne lub któraś z nich uznała, że jest to wystarczająco ważna sprawa, by przeznaczyć swoją niewielką część budżetu na takie działania, to zdejmowałoby to z rządzących odpowiedzialność polityczną. Oczywiście nie rozwiązywałoby to w wielu przypadkach problemu w całości, ale warto pamiętać, że nawet mając wpływ na cały budżet rządzący często nie są w stanie tego zrobić. Jednak nawet niedoskonałe rozwiązania są lepsze niż żadne.

 

W niektórych przypadkach budżet opozycji byłby również pewną polisą dla obywateli o określonej wrażliwości. Umożliwiałby kontynuowanie finansowania działań po zmianie władzy, jeśli ta by z nich zrezygnowała, jak to się dzieje w przypadku pewnych aktywności kulturowych, np. związanych z wydawaniem czasopism konserwatywnych pod rządami lewicowymi lub lewicowych pod rządami konserwatywnymi. Ponadto, część z aktywności wspieranych przez opozycję będzie mogło się odbywać się na większą skalę, w momencie, gdy realizująca je partia zdobędzie większość. Niekiedy więc działania mogłyby stanowić swoisty pilotaż. W ten sposób przygotowywane byłyby rozwiązania i kadry, które po dojściu do władzy miałyby już w danym obszarze doświadczenie. Znów byłaby to korzyść dla państwa wynikająca z ciągłości.



 Takie działania mogłyby stanowić swoisty pilotaż. W ten sposób przygotowywane byłyby rozwiązania i kadry, które po dojściu do władzy miałyby już w danym obszarze doświadczenie.


 

Jak miałby funkcjonować budżet opozycji? Jest wiele możliwości. Może być realizowany przez samą opozycję. Powiedzmy za pomocą Departamentu Budżetu Opozycji, w którym zasiadaliby wybrani posłowie, z czego na koniec roku musiałaby się rozliczyć w Ministerstwie Finansów, lub – na wzór budżetów partycypacyjnych – być wprowadzany w życie przez administrację rządową. Dziś jednak nie warto skupiać się na kwestiach technicznych, skoro sama zasada nie jest obecna nawet w debacie publicznej.

 

Ważniejsze wydaje się natomiast pytanie, jakiej wysokości środki publiczne powinny być do dyspozycji. Najbardzej rozsądnym rozwiązaniem wydaje się powiązanie budżetu opozycji z wysokością subwencji budżetowych partii opozycyjnych w parlamencie. Oznaczałoby to budżet rzędu 30 mln złotych rocznie, w zależności od wyników wyborczych. Z perspektywy budżetu centralnego sięgającego blisko 400 mld złotych to niewiele, ale te środki pozwoliłyby tworzyć nieco lepszą politykę demokratycznego państwa. W tym niedoskonałym świecie to dużo.

 

Piotr Górski


 

 

Fot. Krzysztof Belczyński, CC BY-SA 2.0

 

 

 

POKAŻ STARSZE naciśnij SHIFT by załadować wszystko POKAŻ WSZYSTKIE