O CHŁOPACH I WIDŁACH


Dzwonek alarmowy dla zachodnich elit – ANDREW A. MICHTA


Na Zachodzie widać pierwsze oznaki rebelii i być może nie ma w tym nic złego.

 

Bardzo łatwo ulec wszechogarniającej fali pesymizmu, na której dryfują dziś przedstawiciele zachodniej śmietanki społecznej i autorzy felietonów. Lista poważnych problemów, przed którymi stoją Europa i Stany Zjednoczone jest długa i stale się wydłuża: spowolnienie gospodarcze, terroryzm, niekontrolowana imigracja, zapaść NATO i słabnąca Unia Europejska. Globalne równanie bezpieczeństwa przedstawia się groźnie, na który region by nie spojrzeć. Bliski Wschód i północna Afryka w ogniu sunnicko-szyickiej wojny domowej, podzielone Syria, Irak i Libia, bojownicy napływający do Państwa Islamskiego z zamiarem zmiecenia pozostałości Układu Sykes-Picot [porozumienie między rządami Francji i Wielkiej Brytanii określające strefy wpływów tych krajów na Bliskim Wschodzie po zakończeniu I wojny światowej]. Ryzyko zbrojnego konfliktu rośnie w Azji i Europie, gdzie odpowiednio Chiny i Rosja walczą o strefy wpływów, podczas gdy Amerykanie, wyczerpani stratami poniesionymi w 15-letniej jak dotąd wojnie z terroryzmem, na próżno starają się wypracować jakąś wykonalną strategię.

 

Wydarzenia na Zachodzie zmierzają ku punktowi przełomowemu: liberalne, globalistyczne idee, które dominowały w ostatnich dwóch dekadach nagle (choć dziś widzimy, że nie bez wcześniejszych symptomów) zderzyły się z rosnącą ścianą społecznego oporu.

 

Siły, które przekształcają niegdysiejszy konsensus globalistów nie są, tak jak chcieliby tego krytycy, po prostu „populizmem”, „rasizmem” albo „zacofaniem klas niższych”, ale XXI-wieczną ludową rebelią rozgrywającą się na całym demokratycznym Zachodzie, która – ze wszystkimi swoimi przywarami – jest na najlepszej drodze do odciśnięcia piętna woli współczesnego demos na tym, co do niedawna uważano za postępowo wynarodowione, postmodernistyczne społeczeństwo konsumpcyjne.

 

Ta społeczna fala, przesiąknięta odradzającym się nacjonalizmem, rozbiła się o wyłom pomiędzy rzeczywistością idei, według której Europa i Ameryka w sumie nadal radzą sobie nieźle, i bezpośrednio doświadczanej rzeczywistości wysokiego bezrobocia, imigracji i podzielonych społeczności. Współcześni chłopi po obu stronach oceanu, pchani poczuciem podziału i upadku, powstają z widłami w dłoniach przeciwko coraz bardziej wynarodowionej arystokracji.

 

Doświadczenie otwartych granic, masowej migracji i odgórnych dyrektyw nadwątliło ludzkie poczucie suwerenności sprawiając, że wielu obywateli zachodnich społeczeństw musi się borykać nie tylko z trudnościami natury ekonomicznej, ale również - a może przede wszystkim - z rosnącym poczuciem kulturowej marginalizacji we własnych krajach.

 

Zapalnikiem rewolty jest reakcja przeciwko imigracji. Jest ona jednak w niewielkim stopniu skierowana przeciwko samej zasadzie - Zachód zawsze był gościnny dla przybyszy. Opór narósł raczej przeciwko prędkości i sposobowi, w jaki są oni włączani do społeczeństw oraz przeciwko polityce państw, które wywierają niewielki nacisk na asymilację nowoprzybyłych. Wielokulturowość, ze swoim antyzachodnimi inklinacjami, w połączeniu z przewagą liberalnej lewicy w mediach i debatach kulturalnych wywołuje u coraz większej liczby osób przekonanie, że elity przekształcają społeczności niewiele się troszcząc o ich aspiracje i priorytety. Współcześni chłopi na szeroko pojętym Zachodzie gromadzą się przed dworską bramą z poczucia, że rządy spychają na margines wyznawane przez nich wartości. Choć niektórych z tych, którzy domagają się zamknięcia granic popychają do tego uprzedzenia, pozostali protestują w przekonaniu, że mają prawo żyć w społecznościach, które dobrze znają i które, choć mogą z czasem ewoluować, nie wymagają nagłej zmiany kultury na wielką skalę.


Paradoks współczesnego nacjonalizmu polega na jego dwoistej naturze. Z jednej strony gromadzi większą społeczność wokół głęboko zinternalizowanego poczucia wzajemności – czegoś, co Ernest Gellner nazwał „szczególnym poczuciem” wspólnoty, nawet jeśli, jak to później ujął Benedict Anderson, były to „wyimaginowane wspólnoty” -- z drugiej zaś strony sankcjonuje podział na swoich i obcych. Braterstwo i dyskryminacja to często dwie strony tej samej monety.

 

Niemniej jednak poczucie wspólnego dziedzictwa jest kluczowe dla spójności państwa. Idea narodu bazująca na najbardziej podstawowych więzach łączących ludzi z ich najbliższą rodziną pozwalała wytworzyć w społeczeństwach poczucie szerokiej solidarności. Bez niej idea podziału ciężarów finansowych czy zobowiązanie do obrony ojczyzny albo poświęcenie w razie potrzeby osobistych wygód dla narodu jako całości nigdy nie byłyby możliwe. Być może to z tego powodu dyskusja na temat europejskiej armii zawsze była oderwana od rzeczywistości -- zakładała bowiem wzajemne zobowiązania i ofiary w sytuacji, w której wewnętrzne więzi są zaledwie drugorzędne w stosunku do więzi narodowych.

Narastający ludowy bunt przeciwko elitom rządzącym i kulturalnym zaczął przekształcać wyborczą mapę na całym Zachodzie. Dowodem jest wzrost znaczenia partii nacjonalistycznych w Europie i Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych. Chociaż obserwujemy dopiero początek tego procesu, to już teraz wyborcza mapa Europy się zmienia, a partie nacjonalistyczne w ostatnich wyborach zyskały 35.1 pocent głosów w Austrii, 29 procent w Szwajcarii, 21 procent w Danii i tyle samo na Węgrzech, 18 procent w Finlandii, 14 procent we Francji, 13 procent w Szwecji, 10 procent w Holandii, 8 procent na Słowacji, 7 procent w Grecji i 4 procent we Włoszech. W Niemczech, gdzie nacjonaliści zasłużyli w przeszłości na wyjątkowo obrzydliwy wizerunek, nacjonalistyczna, antyimigrancka Alternative für Deutschland, która jeszcze dwa lata temu w ogóle nie istniała, uzyskała w ostatnich wyborach 4.7 procenta głosów, a jej przedstawiciele zasiadają w połowie landtagów [parlamentów krajów związkowych]. W zeszłorocznych wyborach parlamentarnych w Finlandii nacjonaliści uzyskali drugi wynik. We francuskich wyborach regionalnych w 2015 roku na Front Narodowy zagłosowało 6.8 mln osób – był to dla tej partii najlepszy wynik w historii. Front nie zapewnił sobie zwycięstwa w dwóch regionach, w których startował tylko dlatego, że socjaliści poparli w nich konserwatystów. I wreszcie Stany Zjednoczone, gdzie Donald Trump niespodziewanie zdobył prezydencką nominację Partii Republikańskiej, co udowodniło siłę nastrojów wymierzonych przeciwko imigrantom oraz elitom, a przy okazji zmusiło konserwatywny establishment do pośpiesznych zmian wewnątrzpartyjnych sojuszy.

 

Mimo to przedstawiciele inteligencji z obu stron Atlantyku poświęcili niezmiernie mało uwagi na introspekcję i zastanowienie się, jakie założenia polityczne i inne czynniki z trzech ostatnich dekad wywołały ten przypływ społecznego gniewu. W pierwszym odruchu kręgi akademickie i eksperckie potraktowały rosnącą falę społecznego oporu jako kolejny populistyczny spazm będący skutkiem ubocznym recesji z 2008 roku lub też jako nieunikniony wstrząs wtórny procesu przechodzenia do społeczeństwa postprzemysłowego. Mówiono o tym jako o manifestacji gniewu tych, którzy nie potrafią zaadaptować się do zasad nowej gospodarki, bólu przegranych, którzy nie chcą albo nie potrafią się przekwalifikować, a zatem podatnych na wypadnięcie z trybów globalnej machiny, o której nadal sądzi się, że przyczynia się do bezprecedensowego wzrostu dobrobytu. Pozostaje oczywiście pytanie jak przerobić zwolnionego z pracy 55-letniego pracownika przemysłu samochodowego na programistę, ale tego typu problemy rzadko zajmują poczesne miejsce w uniwersyteckich debatach na temat globalizacji.

 

Nacjonalistyczne bunty, których pierwsze oznaki widać na całym Zachodzie zostały więc niemal jednogłośnie potępione przez elity twierdzące, że nowe ruchy i partie które się z nich zrodziły karmią się uprzedzeniami i nietolerancją, rasizmem, dyskryminacją i – cytując jedną z uniwersyteckich dyskusji – „desperackimi próbami utrzymania uprzywilejowania białych”.

 

A jednak wizja zglobalizowanej, postwestfalskiej, postmodernistycznej, a ostatecznie post-narodowej przyszłości, która ledwie dekadę temu wydawała się być na dobrej drodze do zdominowania dyskursu politycznego, dziś jest w najlepszym razie niepewna. Jest kwestionowana przez nowy nurt nacjonalizmu wyłaniający się na Zachodzie, którego przedstawiciele nadal nie są przekonani co do swojego własnego języka i wzorców, do których chcą się odwoływać w poszczególnych społeczeństwach. To jednak bez wątpienia ruch odzyskujący dawne znaczenie i zdobywający coraz większe uznanie społeczne.

 

Pomimo wszystkich tomów spisanych na temat rzekomego nastania ery postwestfalskiej, globalizacja i trwałość silnych państw narodowych nie są bynajmniej sprzeczne. Ta pierwsza definiuje obecny stan gospodarki kapitalistycznej, druga zaś to polityczna jednostka organizacji terytorium i populacji. W ciągu ostatnich trzydziestu lat doświadczyliśmy nie tylko otwarcia rynków narodowych, ale również ostrej konkurencji pomiędzy państwami. Silne państwa gwarantują stabilność niezbędną do płynnego działania globalnego rynku i być może tutaj zwolennicy globalizacji i nacjonalizmu mogliby znaleźć przestrzeń kompromisu. Częścią problemu jest jednak fakt, że nasze elity nie są zdolne do oddzielenia pojęcia nacjonalizmu od historycznego dyskursu o faszyzmie.

           

Choć to pozornie sprzeczne z intuicją, przyczynia się to do ich niezdolności dostrzeżenia, że obecna fala może być w istocie siłą restauracyjną, wzmacniającą jedność państw demokratycznego Zachodu, biorąc pod uwagę, że zaczynamy poszukiwać rzeczywistego porozumienia na temat ważności wspólnych punktów odniesienia w społeczeństwie. Dostrzeżenie tego unieważniłoby jednak najbardziej uznane i cenione wizje świata, w którym państwa narodowe stopniowo rezygnują z suwerenności na rzecz międzynarodowych instytucji pełniących rolę władzy wykonawczej i ponadnarodowych inicjatyw. Mówiąc prościej, wizja postmodernistycznej Europy ukuta w ciągu ostatnich trzydziestu lat jest nie do pogodzenia z doświadczeniem XXI-wiecznego nacjonalizmu. Ten ostatni roztacza wizję społeczeństw, w których tożsamości narodowe wyrastające ze wspólnej historii i kultury zostają zastąpione przez pojęcie obywatelstwa łączące wieloetniczne i wielokulturowe enklawy. Kompromis wymagałby uznania istnienia szerszej kultury narodowej i, co najważniejsze, odejścia od polityki grup etnicznych by zatrzymać siły odśrodkowe, które na całe dziesięciolecia zbałkanizowały zachodnie społeczeństwa.

 

Fortuna wielkich potęg kołem się toczy. Ich sprawy przyjmują pomyślny albo zły obrót w zależności od względnego dobrobytu ekonomicznego, bardziej lub mniej udanych rozstrzygnięć na polach bitwy, przedsięwzięć w polityce zagranicznej, i/albo od wzrostu znaczenia lub upadku ich międzynarodowych konkurentów. Mimo to – jeśli pominąć wojnę całkowicie zmieniającą układ sił - zmiany w globalnej dystrybucji władzy opierają się na zestawie wewnętrznych czynników politycznych. To, czy naród spogląda w przyszłość z pewnością siebie, jej brakiem czy ze strachem zależy od tego, czy jego elity potrafią otwarcie nazywać społeczne obawy, aspiracje i cele, jednocześnie dostarczając wizji i poczucia wspólnego przeznaczenia. Wielkie potęgi nie implodują po prostu z powodu upadku swoich gospodarek albo porażek militarnych. Gospodarka i polityka zagraniczna mają wielkie znaczenie, ale potrzebne jest także coś bardziej namacalnego: pewność co do przyszłości czerpana po części z utwierdzania się w fundamentalnych dogmatach przeszłości. Odrodzenie nacjonalizmu w Europie i Stanach Zjednoczonych powinno zostać odebrane jako konieczny składnik nowoczesnej państwowości i należy stawić mu czoła poprzez demokratyczną politykę, nie zaś traktując je w manichejskich kategoriach.

 

Dotąd jednak całą narrację tej fali społecznego gniewu wymierzonego w zachodnie elity zawężano do prostej i bezpiecznej, ale również wściekle nieprecyzyjnej kategorii „populizmu” z jego jednoznacznie negatywnymi konotacjami. Ostatecznie populiści to z definicji mało wyrafinowani prostacy, którzy stosują swoje prostackie rozwiązania w odniesieniu do coraz bardziej złożonych problemów współczesnego świata. Zbycie problemu w taki sposób nie pomaga jednak w zrozumieniu, skąd się biorą te nowe ruchy. Gdyby wszystko było takie proste, moglibyśmy upierać się przy wizji, w której zwolennicy wstecznictwa i zaściankowości atakują oświecone siły postępu. Snulibyśmy opowieść o kosmopolityzmie zdradzonym przez  zwolenników natywizmu, z niedowierzaniem kręcąc głowami nad brakiem rozsądku prezentowanym przez coraz większą część opinii publicznej.

Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej. Zachód doświadcza najsilniejszego od dziesięcioleci nacjonalistycznego przebudzenia ponieważ polityczne rozwiązania stosowane w ostatnich dekadach wyczerpały się i przestały być powszechnie akceptowane. Najwyższy czas zatrzymać się i zamiast wzruszać ramionami, traktując ten fakt jako odchylenie niewymagające wyjaśnienia i niewarte rozważania, potraktować ten ruch poważnie.

Jak wszystkie ruchy społeczne w swoich początkowych stadiach i ten ma swoje słabe strony, a jego rzecznicy mogą się wydawać niezdarni, błazeńscy albo wręcz niegrzeczni, jednak społeczne nastroje, które za nimi stoją zasługują na to, żeby wziąć je pod uwagę. Nie dlatego, że nam się podobają albo nie, ale ponieważ realnie przekształcają nasze społeczeństwa. A co może najważniejsze, współcześni chłopi już wielokrotnie udowodnili, że nie pozwolą się ignorować.

 


 

 

Andrew A. Michta jest profesorem w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego w akademii wojskowej U.S. Naval War College i członkiem nadzwyczajnym (adjunct fellow) Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS). Niniejszy tekst przedstawia jego osobiste poglądy.

Artykuł ukazał się pierwotnie w The American Interest.

 

POKAŻ STARSZE naciśnij SHIFT by załadować wszystko POKAŻ WSZYSTKIE

Partnerzy Szkoły Przywództwa

Partnerzy wspierający

 

Partnerzy pomocniczny

Partnerzy