Andrew A. Michta

 

Głos Wielkiej Brytanii opowiadający się za opuszczeniem Unii Europejskiej sprawi, że Europa jeszcze bardziej skupi się na kwestiach wewnętrznych i będzie jeszcze mniej zdolna do działania.


 

Wynik brytyjskiego referendum odbija się szerokim echem po światowych rynkach walutowych i rynkach papierów wartościowych, zmuszając niektóre elity do ponownego rozważenia, czy projekt europejski w aktualnym kształcie jest możliwy do utrzymania. Upłyną miesiące zanim wszyscy ochłoną po decyzji Brytyjczyków, a być może lata, zanim będziemy w stanie ostatecznie ocenić wpływ tego wydarzenia na brytyjską gospodarkę i politykę. Niemniej jednak opinie, prognozy, wykresy i modele dotyczące sytuacji po Brexicie, które zajmują obecnie pierwsze strony gazet i portali internetowych, świadczą o dezorientacji, a także – w zależności od tego, gdzie ulokowane są sympatie – wyrażają żal lub gratulacje (a może oba po trochu) z powodu wyniku referendum.

 

Choć skutki nie będą tu tak oczywiste, Brexit wpłynie również na bezpieczeństwo transatlantyckie, szczególnie w odniesieniu do relacji Europy z Rosją. Władimir Putin ma powody do zadowolenia, uświadomiwszy sobie dwie kwestie: w ciągu ostatniej dekady amerykańskie zainteresowanie Europą ulegało wahaniom, ale też sama Unia Europejska – główny, zaraz po NATO, filar bezpieczeństwa transatlantyckiego – znalazła się w strukturalnym kryzysie, którego skali nie da się dłużej maskować wzniosłymi hasłami.

 

Odkąd Putin doszedł do władzy, jego polityka względem Europy była wielowymiarowa, a bezpośrednie stosowanie siły militarnej jest tylko jednym z jej aspektów. Moskwa przez lata rozbudowywała zasoby gospodarcze i finansowe, a także te cybernetyczne, informacyjne i wywiadowcze, aby wykorzystać różnice w postrzeganiu przez Europejczyków bezpieczeństwa ich państw w kontekście oceny wspólnego zagrożenia ze strony Rosji. Rosja Putina wybiórczo inwestowała w różne sektory gospodarek europejskich, czerpiąc z tego finansowe i polityczne korzyści. Od samego początku Putin przejawiał determinację w dążeniu do ustanowienia sfery uprzywilejowanych interesów wzdłuż obrzeży Rosji i był gotowy bronić geostrategicznych priorytetów swojego kraju od Europy po Azję Centralną, a także ponownie na Bliskim Wschodzie, odkąd Rosja weszła do Syrii. Z jednej strony Moskwa jest dla Europy dostawcą energii i partnerem biznesowym w różnych obszarach, realizującym interesy prywatnych i państwowych przedsiębiorstw na całym kontynencie. Z drugiej jednak stopniowo zwiększała naciski na poszczególne kraje europejskie, aby zaczęły one uwzględniać  rosyjskie interesy, wreszcie w 2014 r. uderzyła militarnie w Europę Wschodnią dokonując rewizji granic Ukrainy. Zachód został tym samym postawiony przed faktem dokonanym.

 

Od momentu gdy Putin objął władzę w Rosji, Moskwa buduje relacje z europejskimi partnerami na zasadzie stosunków bilateralnych, bo tylko wówczas ma wystarczające zasoby, aby rozmawiać z Zachodem jak równy z równym. Zjednoczona i mówiąca jednym głosem Europa zawsze stanowiła dla Kremla problem w postaci niemożliwych do zniwelowania różnic w potencjale ekonomicznym. Przez to rosyjska siła militarna, a szczególnie broń jądrowa, pozostawały jedynym środkiem, który Kreml mógł wykorzystywać, dążąc do zmiany europejskiej równowagi w kwestii bezpieczeństwa. Choć Brexit nie zmienił w sposób fundamentalny ogólnej dysproporcji między Rosją a Europą, decyzja Londynu o opuszczeniu UE sprawi, że kontynent będzie coraz bardziej zainteresowany sobą samym. Zmagając się z powolnym wzrostem gospodarczym, problemem migracyjnym i zaburzeniami równowagi budżetowej, Europa będzie musiała – w sytuacji gdy Wielka Brytania opuści Unię – ponownie przeanalizować podstawy wzajemnych zobowiązań traktatowych, a także przemyśleć charakter przyszłych stosunków Brukseli z Londynem. Nie dziwi, że rosyjskie media pogratulowały Brytyjczykom głosowania za opuszczeniem Unii, wyrażając przy tym Schadenfreude, jeśli wręcz nie jawną złośliwą satysfakcję.

 

Zmiana w relacjach bezpieczeństwa Europy z Rosją spowodowana Brexitem najprawdopodobniej nie będzie otwarcie częścią agendy na szczycie NATO odbywającym się za miesiąc, ale położy się cieniem na jego przebiegu. W Warszawie NATO ma podjąć decyzję w sprawie rotacyjnej obecności sił amerykańskich i sojuszniczych oraz poszerzenia programu ćwiczeń, co ma potwierdzić solidarność sojuszu z granicznymi państwami członkowskimi. Jednak deklaracje warszawskiego szczytu NATO i następujące po nich wysiłki wzmacniające zdolności odstraszania sojuszu będą odbierane w Rosji w kontekście ostatnich wydarzeń w Wielkiej Brytanii. Stanowią one jak dotąd jaśniejszy przekaz, że niegdyś pewna siebie Europa, „zjednoczona, wolna i ciesząca się pokojem”, ma kłopoty, oraz że w kryzysie jej rzekomo ponowoczesne państwa będą działać jak zwykle, kierując się indywidualnymi interesami i polityką.

 

Od momentu zajęcia Krymu przez Rosję w 2014 r. Europa usiłowała działać odstraszająco, wysyłając komunikaty, że stoi ramię w ramię ze Stanami Zjednoczonymi, gotowa solidarnie ponieść ciężar wspólnego bezpieczeństwa i obrony. Obecnie zobowiązanie to jest kwestionowane – tym razem nie ze względu na niedopełnianie przez Europę zobowiązań obronnych w ramach NATO, ani jej tradycyjną tendencję do przedkładania programów socjalnych nad obronę. Dzieje się tak dlatego, że jej powojenny wspólny europejski projekt zaczął się chwiać. Już polityczne zawirowania w UE przed Brexitem – bankructwo Grecji, kryzys w strefie euro, masowy napływ imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej do Europy – odcisnęły piętno na wspólnocie.

 

Po Brexicie regionalizacja europejskiej polityki bezpieczeństwa przyspieszy i przejdzie od poziomu milczącej zgody do otwarcie artykułowanej przesłanki.

 

To rozbicie i rosnące zaniepokojenie własnym bezpośrednim sąsiedztwem ujawnia się obecnie w różnych miejscach kontynentu. Francja i Włochy koncentrują się na kierunku południowym - basenie Morza Śródziemnego, w Norwegii rośnie niepokój związany z Arktyką. W Polsce natomiast pojawiła się koncepcja „Międzymorza” obejmująca zacieśnienie współpracy w zakresie bezpieczeństwa i regionalnej solidarności w Europie Środkowej od państw bałtyckich po wybrzeże Morza Czarnego. Projekty te prawdopodobnie nie mają przed sobą przyszłości, zarówno ze względu na dostępne zasoby, jak i polityczną wolę ich realizacji. W związku z tym Stany Zjednoczone niezmiennie wnoszą główny wkład w bezpieczeństwo Europy stanowiąc centrum sojuszu transatlantyckiego. Różnica polega na tym, że Waszyngton musi teraz radzić sobie również z dodatkowym utrudnieniem, jakie stanowi nawigowanie jeszcze mniej stabilną Europą. Relacje Stanów Zjednoczonych z Wielką Brytanią pozostaną silne, jako że jest to w dalszym ciągu kluczowy europejski sojusznik USA. Być może po Brexicie ukształtuje się nowa, głębsza relacja amerykańsko-brytyjska w kwestiach bezpieczeństwa, ale nie jest to wcale pewne. Konfrontacja między wyborem brytyjskim, a wizją popieraną przez Niemcy wymaga utrzymywania delikatnej równowagi i poświęcania Europie takiej uwagi, jakiej ostatnimi czasy brakowało Waszyngtonowi.

 

Bez wątpienia europejskie elity, od dłuższego czasu głuche na głos opinii publicznej, są w dużej mierze odpowiedzialne za to, co właśnie wydarzyło się w Wielkiej Brytanii. Chodzi tu szczególnie o niezdolność reagowania na obawy wyborców i przewidywania skutków doniosłych decyzji podejmowanych na szczeblu UE w poszczególnych państwach (przykładem jest choćby coraz powszechniejszy sprzeciw wobec stałego napływu imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej). Nie jest również przesądzone, czy Szkocja wybierze teraz ucieczkę z Wielkiej Brytanii lub czy Brytyjczycy poradzą sobie sami z wyjściem z Unii, dostosowując stosunki handlowe i finanse do nowej rzeczywistości. Wiele zależeć będzie od warunków wystąpienia, jakie zostaną wynegocjowane w najbliższych miesiącach. Niezależnie od tego, Europa i Stany Zjednoczone stają przed wyzwaniem jakim jest Brexit w wyjątkowo trudnych czasach. Wskutek zawieruchy wywołanej brytyjską decyzją o wyjściu z Unii, Europa przez najbliższe miesiące i lata będzie zajętą samą sobą, bardziej rozczłonkowana i wreszcie bardziej narażona na naciski ze strony Rosji.

 


 

Andrew A. Michta jest profesorem w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego w akademii wojskowej U.S. Naval War College i członkiem nadzwyczajnym (adjunct fellow) Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS). Niniejszy tekst wyraża jego osobiste poglądy.

 

 

Artykuł ukazał się pierwotnie w The American Interest. 

POKAŻ STARSZE naciśnij SHIFT by załadować wszystko POKAŻ WSZYSTKIE

Partnerzy Szkoły Przywództwa

Partnerzy wspierający

 

Partnerzy pomocniczny

Partnerzy